sobota, 29 kwietnia 2017

Stolberg i miedź





Stolberg i miedź

Tym razem wypad na obrzeża Nordeifel sprzed trzech lat. Niedaleko Aachen, tuż przy granicy z Holandią skrywa się miasteczko o średniowiecznej proweniencji – Stolberg Miasto miedzi, tak od 2012 roku brzmi jego oficjalna nazwa. Mimo, że najstarsza część miasta jest lekko zaniedbana, to obok górującego nad miasteczkiem zamku nie da się przejść obojętnie.
Pierwsze wzmianki o nim pojawiają sie już w XII wieku, swoją obecną formę uzyskał dopiero osiem wieków później. Zaskoczył mnie kunszt z jakim mury zostały osadzone w skale wapiennej, tak jakby dosłownie zamek wyrastał ze skały, dobrych kilka minut spędziłam nad rozgraniczeniem tego, co naturalne, a co już jest budowlą.
Po drugie obeszliśmy wszystko dwa razy, żeby znaleźć wejście, czy kasę biletową i nic. Było muzeum o którym za chwilę, była restauracja, ale wejścia nie. W końcu bardzo zdziwiona pytaniem pani kelnerka oznajmiła nam, że wejść może każdy i wszędzie, dodała do tego wzruszenie ramion, jakby to była najnormalniejsza rzecz przy zwiedzaniu zabytków, a my zadajemy głupiutkie pytania. W takim razie weszliśmy, gdzie się dało i na ile mi sił starczyło. Muszę się przyznać, że mój ówczesny błogosławiony stan nie pozwalał mi na wiele, bo akurat wtedy bardzo szybko sie męczyłam, więc właściwie zobaczyliśmy zamek, a w nim kilka sal z eksponatami z „epoki średniowiecznej”, tu dyby, tam róg, a jeszcze dalej kawałek makatki imitującej gobelin, a i jeszcze szkielet w klatce. Wszystko razem wyglądało mało poważnie i zdecydowanie bardziej podobał mi się zamek z zewnątrz.


Zeszliśmy do informacji turystycznej i zapas energii mi się wyczerpał. Właściwie dobrze, że po drodze zajrzeliśmy  jeszcze do Muzeum w Bramie, ponieważ tam, na niewielkiej powierzchni „upchnięto” mnóstwo eksponatów związanych z regionem, żeby pokazać jak bogatą ma historię. Jeszcze na początku XIX wieku to właśnie tutaj był najlepiej uprzemysłowiony region Niemiec.


Miedź, cynk, ołów, węgiel kamienny i drzewny oraz siła bystrego nurtu rzeki Vichtbach, świetni mistrzowie z pobliskiego Aachen i mosiądz lał się z pieców hutniczych. Huty szkła, garbarnie, miasto tętniło życiem, aż do pojawienia się tańszych metod pozyskiwania cynku i maszyn parowych. Dotąd działa kilka firm mających kilkusetletnie tradycje związane z wydobyciem i przetwórstwem minerałów. Ściany niewielkiego muzeum obwieszone są zdjęciami całych klanów, związanych z miedzią. Swoje miejsce ma także postać Johanna Wilhelma Meigena, wybitnego entomologa, który mógł poświęcić się badaniom nad insektami, dzięki stabilizacji finansowej, którą osiągnął jako korepetytor w Stolbergu. Małe pomieszczenia, mnóstwo przedmiotów i poruszanych tematów mogą działać przytłaczająco, ale warto tam zajrzeć.
Swoją drogą i ja do Stolbergu muszę kiedyś jeszcze raz się wybrać, więc do zobaczenia!

Bibliografia i linki:
Losse M., Burgen und Schlösser in der Eifel, Regionalia Verlag 2013, s. 237.
Der Freizeitführer rund um den Nationalpark Eifel 2015, s. 48.
http://www.stolberg.de/city_info/webaccessibility/index.cfm?region_id=75&waid=696

czwartek, 30 marca 2017

Przeciwpancerne „smocze zęby” obok Roetgen




Panzersperre – przeciwpancerne „smocze zęby” obok Roetgen 

Miałam opisać Stolberg, potem zamek Eltz, a skończyłam na Linii Zygfryda, tego jeszcze nie było. Zachęcona moim facebookowym wyzwaniem do zobaczenia czterdziestu punktów z listy ArchaeoRegion Nordeifel postanowiłam tym razem oderwać się od Rzymian. Przyznaję, że gdybym sama siebie tym wyzwaniem nie zmotywowała, to nie pojechalibyśmy do Roetgen, po prostu wolę oglądać akwedukty i kanały, a nie fortyfikacje.
Wał Zachodni (Westwall), czyli ponad 600 km pas umocnień i fortyfikacji miał w zamyśle bronić Trzecią Rzeszę przed atakiem ze strony francuskiej. Projekt był niezwykle kosztowny i miał ogromny rozmach, zakładał wybudowanie lub dozbrojenie istniejących fortyfikacji. W ciągu czterech lat (1936-1940) około 18 000 obiektów broniło „odcinka” od miasteczka Kleve (granica z Holandią) do Grenzach-Wyhlen (granica ze Szwajcarią).  Schrony bojowe, podziemne tunele, zapory przeciwpancerne, przeciwpiechotne i pas obrony przeciwlotniczej, do tego naturalne przeszkody tak jak w rejonie Eifel gęste lasy, góry, rzeki odegrały swoją rolę dopiero w 1944.
I tu pojawia się Roetgen, gdzie 13 września 1944 amerykańska 3 Dywizja Pancerna po raz pierwszy przełamała Westwall i zajęła niemieckie miasteczko. Wyłom na Linii Zygfryda się pojawił, a następne miesiące walk nazywane są „krwawą jesienią”. W przyszłości pewnie powrócę do tego, przy okazji przedstawienia miejsc upamiętniających Bitwę o las Hürtgen.
Po wojnie zaczęto oczywiście demilitaryzować Wał Zachodni, a w ramach polityki wymazywania pamięci o Trzeciej Rzeszy wysadzać bunkry, schrony i zasypywać, co się da. Ale „świadkowie z betonu”, czyli np. zapory przeciwpancerne dalej na dziesiątkach kilometrów przypominały o przeszłości. Pod hasłem „Der Denkmalwert des Unerfreulichen” zaczęto podchodzić do pozostałości po Linii Zygfryda, jak do obiektów historycznych, świadczących o nieprzyjemnej, niewygodnej, ale jednak historii. Część z nich stała się integralną częścią biotopów i w taki sposób razem z nowymi lokatorami np. nietoperzami objęta została ochroną.

Jednym z tych zachowanych obiektów jest: Die Panzersperre über den Grölisbach bei Roetgen, fragmenty zapory przeciwpancernej w postaci tzw. „smoczych zębów”. Żelbetonowe bryły o kształcie ostrosłupa ściętego ustawione są na wspólnym fundamencie, po pięć sztuk w rzędzie. Mają różną wysokość, najwyższe około 120 cm, ale są tak omszałe, że wtapiają się w leśne poszycie i nie bardzo widać je z głównej drogi.

Z parkingu Am Filterwerk do celu jest pięćset metrów. Spokojny spacerek po utwardzonej drodze, potem lekko w las i pojawiają się wystające garby, które okazują się spływać jak wodospad do strumyka, a potem jeszcze dalej. Po łączeniach między kolejnymi rzędami zębów można przejść nad wodą i  przez łąkę wrócić na parking. Po drugiej stronie ulicy widać zaporę z 1911 roku, więc dodaliśmy do spaceru jeszcze wspinaczkę, żeby zobaczyć zbiornik wody pitnej die Dreilägerbachtalsperre. Pewnie, że można było kulturalnie podjechać parę metrów i pójść spokojnie, a nie wdrapywać się po korzeniach z wymęczonym dwulatkiem, ale gdzie wtedy byłaby zabawa. W każdym razie niedzielny spacer śladami dwudziestowiecznej historii uważam za udany. 





 








Linki:

wtorek, 28 lutego 2017

Rosenmontag – cukierki, pochody, zabawa i jeszcze raz cukierki


 Rosenmontag – cukierki, pochody, zabawa, cukierki
                                                                                   
Pani jest z tych szalonych, czy normalnych?
Takie pytanie usłyszałam tydzień temu, a odnosiło się do mojego stosunku do zbliżającego się karnawału. Z pewnym wahaniem, ale odpowiedziałam, że ja do tych normalnych  się zaliczam, czyli do tych, którym nie udziela się karnawałowa nadreńska gorączka.  I to była błędna odpowiedź. Po dzisiejszym dniu stwierdziłam, że zaczynam się przyzwyczajać do tutejszych tradycji i je przejmować, co mnie samą tak zdziwiło, że aż postanowiłam się tym  podzielić na blogu.
Kulminacją piątej pory roku, czyli karnawału jest Rosenmontag, dzień, w którym przez miasta, miasteczka i wioski przejeżdżają kolorowe Zug-i/pociągi. W centrach karnawałowego szaleństwa jak Kolonia, czy Düsseldorf parady z platformami, politycznym wydźwiękiem i tysiącami euro w tle. Nie uczestniczyłam w nich jeszcze, ponieważ taki tłum trochę mnie przeraża. Od momentu, kiedy do Niemiec przyjechaliśmy oglądam jako widz te mniejsze i okazuje się, że trochę spostrzeżeń mi się nazbierało.
Powinnam od początku do tematu podejść jak kulturoznawca i docenić moc takich przedsięwzięć, ale zwyciężyła mentalność obcokrajowca – obcego, u nas tego nie ma, więc pewnie to bez sensu.  Po pierwszym pochodzie w mojej głowie rozbrzmiewało: jaka to głupota! Strata czasu, pieniędzy i szarganie własnej reputacji, bo kto to widział, żeby np. poważny Pan Doktor za czarownicę się przebierał i za czekoladą biegał. Po drugim pojawiła się myśl, że może to i trochę sensu ma, w końcu wspólna zabawa. Po trzecim: nie jest źle, ale to tylko dla dzieci. A dziś, po pięciu latach do Rosenmontag się przekonałam!  Gdzieś z tyłu głowy kołaczą mi się mądre teksty ze studiów o oczyszczającej roli takich zabaw, gdzie zamiana ról, przebrania, bezkarna ironia i szyderstwo służyć miały społeczeństwu i władzy jako wentyl bezpieczeństwa. Zgadza się, wystarczy spojrzeć ta tematykę i kukły na paradzie w Kolonii.
Ale jest to też dzień niesamowitej integracji małych społeczności. Nie mówię tu o zgrupowaniach, związkach, klubach itd., którzy bezpośrednio biorą udział w pochodach, bo dla nich to ogromna praca, koszty i mnóstwo czasu poświęconego na przygotowanie się. Mam na myśli widzów. To jeden dzień w roku, kiedy mogę poznać, ba! w ogóle zobaczyć swoich sąsiadów, bo wszyscy wychodzą przed domy. Tego dnia można faktycznie zaszaleć, przebrać się za Batmana, albo Biedronkę i tańczyć z innymi na ulicy. Można nabrać trochę dystansu i pocieszyć się razem z dzieciakami, które z szeroko otwartymi torbami czekają na deszcz cukierków. Chociaż zdarzyło mi się niezdrowo rywalizować z pewnym starszym panem, on wyrwał mi z ręki czekoladę, a ja byłam pierwsza do batonika, który upadł mu pod nogi.  Udzieliła mi się ta gorączka. Nawet zaangażowanie etatowych zbieraczy słodkości, którzy objeżdżają kilka parad, żeby nazbierać kilogramy cukierków, małe wózki z beczułkami piwa mnie nie dziwią. Chodzi o możliwość wspólnego przeżycia krótkiej chwili/ dziecinnej radości, takiej jaką widziałam dzisiaj na twarzy dziewięćdziesięcioletniej kobiety, która złapała landrynkę, zjadła ją ze smakiem a chodzikiem przytupywała do taktu orkiestry klaunów.
Dziś miałam czułki na głowie, misia w teczce i byłam „szalona”!

niedziela, 29 stycznia 2017

Burgen Route – etap trzeci (Blankenheim)




Burgen Route – etap trzeci (Blankenheim)

Obie wycieczki dzieli kilka tygodni  i już straciłam nadzieję, że uda się przed końcem roku zaliczyć ten szlak, a przez mój nawyk odhaczania kolejnych punktów byłam mocno niepocieszona. Wreszcie nadarzyła się idealna sposobność, mieliśmy wyjątkowego gościa z Polski, któremu wszystkie okoliczne atrakcje już pokazaliśmy, więc przy złotej, niemieckiej jesieni wybraliśmy się na trzeci etap Burgen Route.
W tamto przedpołudnie Blankenheim spowijała bardzo senna atmosfera, a słońce i temperatura jeszcze potęgowały to odczucie. Zwiedzanie zamieniło się w niespieszny spacer z odpoczynkiem w miejscach wartych zobaczenia. Najpierw poniosło nas do źródła, czyli miejsca skąd swój początek bierze Ahr. Pierwszy raz widziałam, żeby rzeka wypływała z … piwnicy. 

Razem z kilometrami strumyczek nabiera mocy i ożywia dolinę Ahr, gdzie na stokach powulkanicznych pysznią się winorośle. Ale nie odpływajmy za daleko, zaułek  z bielutkimi ścianami i belkowaniem XVIII-wiecznych domów też ma swój niezapomniany urok.
Kolejny punkt to Kościół pod wezwaniem Wniebowstąpienia NMP. Został on zbudowany w stylu późnogotyckim, w latach 1495-1505.  Warto w nim zwrócić uwagę na jedne z najstarszych organów w Nadrenii z roku 1600-ego,  szesnastowieczne ołtarze, figurę Matki Bożej, czy popiersie św. Jerzego. Moją uwagę przykuło demoniczne rzeźbienie ław i piękne sklepienie.




Czym byłoby zwiedzanie Blankenheim bez zobaczenia budowli, która ewidentnie góruje nad miastem.  Dziś jest to nowoczesne schronisko młodzieżowe, ale przez kilka stuleci zamek należał do Grafów z Blankenheim.   Jest to typowy zamek wyżynny, założony przez Georga I w 1115 roku, przebudowywany w XV i XVI wieku.  Na tle innych wyróżnia go tzw. Tiergartentunnel, o którym wspominałam w pierwszym wpisie o szlaku. Graf Dietrich III w roku 1469 zlecił wykonanie wodociągu. Przekopano się pod Tiergarten-Berg, żeby zachować odpowiedni spadek i udało się pozyskać świeżą wodę ze źródła In der Rhenn, oddalonego od zamku o ponad kilometr. Woda dostarczana była drewnianymi „rurami” do zbiornika tuż przy dziedzińcu. Tunel jest jednym z nielicznych tego typu późnośredniowiecznych przedsięwzięć w całej Europie, jest też główną atrakcją szlaku Tiergartentunnel-Wanderweg, można go wtedy zwiedzać z wykwalifikowanym przewodnikiem. Samemu obejrzeć można wejście do tunelu i zabezpieczone odkrywki archeologiczne. Warto przejść te kilkadziesiąt metrów od zamku i zobaczyć to, co dostępne, tym bardziej, że sporo jest tablic informacyjnych z historią tunelu, wykresami, rysunkami technicznymi itd. 



W Blankenheim wstąpić można jeszcze do Muzeum, zahaczyć o sklepik z metalowym rękodziełem, albo odpocząć nad pobliskim jeziorem w Freilingen, z całym zapleczem turystyczno-kampingowym. Dla kochających naturę w niedalekim Alendorfie leży trzeci co do wielkości w Niemczech rezerwat jałowcowy, gdzie podziwiać też można inne rzadkie gatunki roślin jak orchidee, sasanki, enziany.  A ze szczytu Góry Kalwarii (miejsca pielgrzymek od ponad 350 lat) położonego 525 m n.p.m. rozciąga się podobno widok zapierający dech w piersiach. 

Po tych wszystkich atrakcjach na deser zostaje nam jeszcze rzymska willa! A przynajmniej jej dość specyficzna rekonstrukcja. Jak wyglądałaby Nadrenia bez Rzymian, ciężko sobie wyobrazić,  na tym terenie ślady po ekspansji Rzymu są nadal widoczne i to nie tylko we wspaniałym Trierze, Koloni czy Akwizgranie, ale w setkach mniejszych miejsc,  np. opisane przez mnie Katzensteine, czy właśnie Blankenheim. To tu odkryto posiadłość rzymską tętniącą życiem pomiędzy I a IV stuleciem naszej ery, która należy do największych znanych siedlisk tego rodzaju w całej Nadrenii.  Po wykopaliskach udostępniono przestrzeń turystom i pokuszono się o połączenie nowoczesności z przeszłością. Projekt znanych architektów z Frankfurtu nad Menem zakładał wizualizację frontu głównego budynku mieszkalnego przez postawienie metalowej konstrukcji. Moim zdaniem nie wygląda ona estetycznie, przynajmniej teraz, kiedy dosłownie opływa rdzą, ale faktycznie pomaga wyobrazić sobie stojący na wzgórzu samowystarczalny przyczółek kulturotwórczego Rzymu,  więc funkcję swoją spełnia.  



Uff wszystkie punkty szlaku udało nam się zobaczyć. Dobrze się też stało, że poznawaliśmy go etapami, bo wyszły z tego fajne, nasycone zwiedzaniem wycieczki. Nasz gość też był zadowolony, a wiem, że to czyta, więc pozdrawiam. 😊 Swoją drogą, jak już na własnym blogu uprawiam prywatę to życzę sobie i Wszystkim zainteresowanym kolejnych dwunastu miesięcy z plecakiem! Oczywiście do plecaka/teczki należy dorzucić misia. 

Bibliografia i linki:
Eine historische Reise nach Blankenheim, materiał gminy Blankenheim